wtorek, 30 sierpnia 2011

Porządki w szafie:)

Zmobilizowałam się i zabrałam w końcu za porządki w szafie. Przeprowadziłam wstępną selekcję i część dawno nienoszonych rzeczy przeznaczyłam do oddania/odsprzedania. Oczywiście nie było mi łatwo zdecydować czy daną rzecz uda mi się kiedykolwiek założyć. W takich sytuacjach wymyślam sobie miliony hipotetycznych sytuacji, w których mogłaby się ona przydać. Nie ma co ukrywać - kupuję dużo i często bez głębszego zastanowienia decyduję się na zakup niekoniecznie funkcjonalnych ubrań czy dodatków. W efekcie mam je na sobie raz lub nie zakładam wcale, a o ich istnieniu przypominam sobie właśnie podczas generalnych porządków. 

A wszystko dlatego, że mam tak małą szafę. Szafa trzydrzwiowa dla dwóch osób, z których jedna jest kobietą?! Kto to widział!:)

Wszystko mogłoby się zmienić gdybym miała do dyspozycji taki raj:



Ale nie mam, więc regularnie, mniej więcej co trzy miesiące wywalam wszystko z szafy i robię przegląd. Część z moich lumpeksowych łupów, kupionych pod wrażeniem ceny z założeniem "zrzucę 5 kilo, będzie pasować" trafia do mojej rozmiar mniejszej przyjaciółki, część przeznaczam na sprzedaż lub do oddania. Zużyte rzeczy składam i zostawiam pod śmietnikiem - może jeszcze komuś się przydadzą. Staram się trzymać przy tym zasady, że rzecz, której nie nosiłam od 2 lat wylatuje z szafy. I jakoś idzie.

Przy okazji tych porządków zaczęłam rozmyślać nad prostszym niż wystawianie na aukcjach sposobem na spieniężenie części ubrań, które na mnie nie pasują, a są zdecydowanie ładne i modne. Nie chodziło mi o wielki zarobek - raczej o to, by z uzyskanych pieniędzy pokryć nowe wydatki na lumpeksowe łowy:) No i przypomniałam sobie, że w jednym z second-handów podobno przyjmują ubrania w komis. Dziś zaniosłam tam pierwszą turę ubrań - z około 15 ubrań pani wybrała 8, które pasowały do nadchodzącej pory roku i trendów. Teraz wiem, że z odłożonych przeze mnie rzeczy muszę wybrać te jesienne i zimowe, bo aktualnie właśnie na nie jest popyt. A więc dziś po pracy zabiorę się za to i może jutro znów powędruję do "Garderoby":)


Mój T. skwitował to wszystko następująco: "O, nareszcie w domu przestanę się czuć jak w lumpeksie!" :)

Na koniec dobry demotywator:)



poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Carmex

Dziś pierwszy post na temat kosmetyków. A wszystko dlatego, że nareszcie kupiłam Carmex! Wiele razy o nim słyszałam, nie przypominam sobie żebym spotkała się z jakąkolwiek negatywną opinią. No, ale mimo mojego zachwytu nie miałam do tej pory żadnego produktu tej marki, a to dlatego, że po prostu nigdzie w sklepach ich nie widziałam. A dzisiaj przechadzając się po Rossmanie w przerwie w pracy zauważyłam charakterystyczne żółto-czerwone opakowanie i... jest:)




Zdecydowałam się na wersję w sztyfcie, przede wszystkim ze względów higienicznych. Z ekonomicznego punktu widzenia lepsza byłaby wersja w słoiczku (ta sama cena, większa pojemność), ale jakoś nie przepadam za tłustymi palcami.

Od godziny mam go na ustach i cały czas czuję przyjemne nawilżenie i miękkość. Zobaczymy jak będzie dalej, jeśli będzie choć w połowie tak dobry, jak o nim mówią, to z pewnością warto wydać te 9 złotych:)

niedziela, 28 sierpnia 2011

Klub "27"


Ogromny wzrost popularności muzyki Amy Winehouse, który ma miejsce po śmierci artystki budzi we mnie mieszane, bardzo skrajne uczucia. Z jednej strony - jako fanka muzyki Amy - cieszę się, że coraz więcej ludzi na całym świecie będzie miało szansę zapoznać się z jej twórczością. Z drugiej strony, coś w tej sytuacji budzi we mnie sprzeciw, karze odcinać się od tej chorej sytuacji, w której wytwórnie, rozgłośnie, portale i nie wiadomo kto jeszcze pod przykrywką hołdu dla zmarłej artystki, po prostu robią na jej śmierci kosmiczną kasę. Zastanawiam się skąd w ludziach takie wyrachowanie i bezwzględna żądza zysku. Jak może komuś przez myśl przejść, że można się dorabiać na czyjejś śmierci. Niestety, zdaję sobie sprawę, że biznes muzyczny nie jest zbudowany na silnych fundamentach moralnych, a na wątłej podstawie, jaką są układy i pieniądze.Martwi mnie tylko ludzka bezwzględność, przejawiająca się w sytuacjach, które teoretycznie powinny wyzwalać zupełnie inne emocje - współczucie, żal, zrozumienie dla cudzej tragedii.

Kolejną sprawą jest to, na ile szczere i trwałe jest uwielbienie, jakim darzy się teraz Amy i jej muzykę (samą Amy - jako współczesną ikonę anarchii i nihilizmu?). Nagle na facebooku dziesiątki linków do Back to black i Rehab u ludzi, który jeszcze dzień wcześniej słuchali techno, tysiące komentarzy "R.I.P. Amy" pod artykułami spekulującymi nad przyczyną śmierci, niezliczona ilość wirtualnych świeczek zapalanych na profilach na portalach społecznościowych, poruszone dyskusje w grupach tematycznych... No i całkiem realne przejawy uwielbienia: tłumy pod domem wokalistki, kwiaty, butelki wódki, paczki Lucky Strike'ów złożone w hołdzie artystce, wspólne modlitwy. Takie obrazki wzbudzają we mnie refleksję na temat prawdziwości wielkich gestów. Na ile śmierć Amy Winehouse mogła być znacząca dla tych wszystkich ludzi, którzy jeszcze dzień wcześniej żyli jakby nigdy nic, nie mając żadnej wiedzy na temat tego, co się z nią dzieje i co przeżywa. Skąd taka rozpacz? Czy rządzi nami potrzeba silnych emocji i tylko czekamy, by móc coś "poprzeżywać"? 

Mimo mojej ogromnej sympatii dla Amy Winehouse, uwielbienia dla brzmienia jej głosu, zachwytu nad charyzmą oraz mimo żalu nad jej staczaniem się w nihilistyczną alkoholowo-dragową otchłań nie rozpaczałam po jej śmierci. Poczułam, że odchodzi ktoś, kto mógł dla muzyki zrobić bardzo, bardzo wiele, ale dla siebie nie mógł zrobić już nic. Może dobrze, że tak to się skończyło. Teraz wokół niej powstanie legenda, jak wokół Cobaina, Morrisona czy Janis Joplin... W końcu dołączyła do sławetnego klubu "27".



piątek, 26 sierpnia 2011

Relaks potrzebny od zaraz!

Za mną bardzo miło spędzony dzień. Do popołudnia siedzieliśmy z T. nad jeziorkiem, po południu zaliczyliśmy grilla u znajomych na wsi. Taka odskocznia była mi bardzo potrzebna. Właściwie przez cały dzień nie myślałam o pracy, a właściwie o jej braku, tylko skupiłam się na odpoczynku. No i udało się! Fizycznie jestem wyczerpana za sprawą uroczych dzieciaczków naszych znajomych, które zachowywały się tak, jakby miały w swoich małych tyłeczkach Duracelle, za to psychicznie jestem totalnie zresetowana! I chyba chcę mieszkać na wsi. Oddalona od mojego miasta 20 kilometrów, a zupełnie inny świat! Wolniejsze obroty, stosunki między ludźmi jakieś prawdziwsze... Oczywiście, znajomi szybko wyprowadzili  mnie z mojego idealistycznego toku myślenia, wytykając liczne wady mieszkania w małej miejscowości, jednak ja chyba będę się upierać, że mogłabym tam mieszkać... Ale cóż, na razie mam istotniejsze kwestie do przemyślenia niż miejsce mojego przyszłego zamieszkania:) Od jutra zabieram się za porządkowanie mojego życia. W niedzielę T. wyjeżdża na delegację na przynajmniej 3 tygodnie, więc będę miała sporo czasu żeby się doprowadzić do ładu.

A więc - miłych snów, pomimo nocnego gorąca i atakujących komarów;)

I na dobranoc:

czwartek, 25 sierpnia 2011

Queen Aaliyah

Dziś przypada dziesiąta rocznica tragicznej śmierci Aaliyah. To już dekada od wypadku samolotu, w którym zginęła. W chwili śmierci miała tylko 22 lata i cały świat u swoich stóp.
Jej imię mówi samo za siebie - Aaliyah w językach hebrajskim i arabskim oznacza najlepsza, najwyższa, najbardziej egzaltowana. Dla mnie w tym momencie ma w sobie pewien boski pierwiastek. Być może dlatego, że pierwszy raz zetknęłam się z Jej twórczością już po Jej odejściu. Z jednej strony jest niewiele ode mnie starsza, a z drugiej stanowi dla mnie ikonę, jest swoistym symbolem. Nie pamiętam dokładnie ile miałam lat, gdy po raz pierwszy usłyszałam jej piosenkę, ale pamiętam, że był to kawałek Try again, który do tej pory po postu ubóstwiam.


Mimo, że nie zdążyła nagrać zbyt wiele (wydała 3 płyty), jest jedną z moich ulubionych wokalistek. Jej niezwykle dźwięczny głos, charyzma i niezwykła energia nie pozwalają mi  zapomnieć o Jej muzyce, pomimo, że Jej samej już nie ma.


Moje ulubione:



I w końcu ostatni teledysk. To z jego planu Aaliyah wracała, gdy miała miejsce tragiczna katastrofa, w której zginęła.



Bez dwóch zdań - wielu ludzi za Nią tęskni.


Koniec jest zawsze początkiem czegoś nowego

Tak właśnie sobie próbuję tłumaczyć koniec mojej pracy na projekcie. Niby wiedziałam, że projekt w pewnym momencie dobiegnie końca, ale po pierwsze nie spodziewałam się, że tak szybko i niespodziewania, a po drugie, że tak mi będzie z tego powodu smutno. Od 1 września stanę się oficjalnie bezrobotna. No, nie tak oficjalnie, bo póki co jeszcze jestem studentką i rejestrować się nie zamierzam, ale fakt jest faktem - zostanę bez pracy. Pozostaną mi wprawdzie korepetycje, ale te 2 godziny dziennie to zdecydowanie nie wystarczy, by zaspokoić mój pracoholizm:) Oczywiście już rozpoczęłam przeglądanie ofert pracy i rozsyłanie podań w różne miejsca, ale w mojej mieścince z dobrymi ofertami pracy raczej ciężko... Nie przepadam za takim stanem zawieszenia, jestem raczej typem "aktywistki", jak to się mówi "człowiekiem czynu";) Trochę się martwię, że jak chociaż na klika dni zostanę w domu, popadnę w marazm i bezczynność. No, ale cóż, nic innego mi nie pozostało jak głęboko zastanowić się nad swoimi celami i  możliwościami i brać się do roboty!:)

Na pocieszenie moja ukochana piosenka:

Z serii: Polecane blogi - www.bagladyshop.blogspot.com

Na początek chciałam opowiedzieć Wam o świetnym blogu, którym się ostatnio zaczytuję. Nie jest to zwykły blog szafiarski młodej dziewczyny, jakich na fali trendu powstało ostatnio mnóstwo (część z nich to żal i rozpacz, ale wiele jest naprawdę ciekawych!). Jest to blog multitematyczny, nie dający się wtłoczyć w schemat ani zaszufladkować. Jest to blog młodej kobiety, mamy, imprezowiczki, szafiarki... Mówi o wszystkim, co ważne i nieważne. Czytam go z wielkim zaciekawieniem i z niecierpliwością sprawdzam co kilka godzin, czy na www.bagladyshop.blogspot.com nie pojawił się nowy wpis. Również zdjęcia mają w sobie coś fajnego, przyciągającego. Niepowtarzalny i oryginalny styl autorki sprawia, że jestem ciekawa nie tylko kolejnej stylizacji, ale także każdej nowej porcji (czasem zaskakujących, czasem humorystycznych) kobiecych przemyśleń.

Serdecznie polecam, nie tylko miłośniczkom mody i tropicielkom  trendów, ale przede wszystkim kobietom, które przy filiżance kawy w chwili relaksu chcą przeczytać o ciekawych przygodach modnej mamy w dredlokach:)





Wszystkie zdjęcia pochodzą z blogu bagladyshop i zostały tu zamieszczone za zgodą autorki, którą serdecznie pozdrawiam!